Jeszcze jeden niekończący się dzień... Wszystko straciło dla mnie sens w jednej chwili. W chwili, gdy odkryłem, że nie ma już Stada Błękitnego Księżyca. Być może nie bolał mnie sam fakt, że straciłem dom, bo to przecież tylko stado jak każde inne, ale to, że była w nim osoba tak bardzo mi bliska, a teraz uż jej nie ma... Wiatr szumiał bez niej inaczej, trawa nie smakowała jak zawsze, a niebo zdawało się być bledsze. Szedłem bezmyślnie, nie wiedząc nawet dokąd, aż w końcu dotarłem nad Jezioro Roku. Po krótkich wahaniach zdecydowałem się zajrzeć w jego toń. Początkowo zobaczyłem tam tylko odbicie ponurego, wysokiego ogiera, ale zaraz, jakby z mgły zaczęła formować się w nim druga sylwetka. Chwilę potem zobaczyłem odbicie owego kogoś, na kim tak bardzo mi zależało. Klacz uśmiechała się lekko, co sprawiło, że i na moim pysku zagościł uśmiech. Poczułem strzępek szczęścia, które nasilało się coraz bardziej, w miarę jak długo wpatrywałem się w lustro wody. Ile czasu nad nim spędziłem? Nie wiem, może godzinę, a może więcej, w każdym bądź razie z "transu" wyrwał mnie dopiero cichy trzask. Zerwałem się na równe nogi i odwróciłem tak gwałtownie, że omal nie wpadłem do wody. Kiedy zobaczyłem źródło owego dźwięku, poczułem jak moje serce przyspiesza swój rytm, a mięśnie napinają się do biegu.
-Mocca...-zdołałem tylko powiedzieć cicho.
Mocca?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz