Kłusowałem wgłąb terenów stada. Trawa szeleściła cicho pod moimi kopytami, a niebo zasnuwały niemal czarne chmury... Gdzieś z nagiego drzewa poderwał się w górę kruk, by dołączyć do drugiego, który już krążył na niebie, jak sęp, cierpliwie czekający, aż los się do niego uśmiechnie. Cała atmosfera była dość mroczna, ale nie dla mnie. Ciężko nastraszyć takimi klimatami kogoś z darem nekromancji...
W pewnym momencie zobaczyłem na końcu łąki białą sylwetkę, która wyraźnie odznaczała się na ciemnym tle. Zdenerwowałem się. Dopiero co uciekłem od Szebry, a ta już znowu tutaj?? Nie, tym razem nawet nie dam jej dojść do słowa... Denerwowała mnie jej pycha, zarozumiałość i poczucie wyższości i zamierzałem bezwzględnie jej to wykrzyczeć, jeżeli odezwie się do mnie choćby słowem.
Niezrażony parłem naprzód, a klacz zatrzymała się, wpatrując we mnie. Nic sobie z tego nie robiłem i dalej podążałem w swoją stronę. Kiedy byłem już dostatecznie blisko, poczułem na sobie jej spojrzenie.
-Co się gapisz?!-warknąłem do niej.
Chyba zdumiało ją moje zachowanie, choć przez ciemności nie do końca mogłem zobaczyć wyraz jej pyska.
-Przepraszam.-odparła pewnym tonem z nutą ironii.
Dopiero wówczas ją rozpoznałem.
-Nevada??-zaskoczony uniosłem brwi.
Nevada?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz