Chciałem zacząć wszystko od początku. Miało już nie być strachu, poniżania i bólu. Nie udało się, co prawda nie ma strachu, poniżania, ale jest ból. Został i już się go nie pozbędę. Ból psychiczny, nie fizyczny. Co się stało? Szkoda gadać, więc gadać nie będę. Po prostu dowiedziałem się jak wiele, czy może raczej jak niewiele znaczę dla mojego ojca. To podły tchórz, nikt więcej. Dołączyłem tu, bo chciałem mieć normalne życie. Nie wyszło, spotkałem tu jego... Od pierwszej chwili wiedziałem, z kim rozmawiam, ale było za późno, by się wycofać. Nie jestem tchórzem, tak jak on... Jemu trochę czasu zajęło, zanim mnie rozpoznał, nie widzieliśmy się przecież od tak dawna... Przez chwilę jego wargi poruszały się, bezgłośnie wymawiając moje imię.
-Jasper... to ty?-zdołał w końcu wykrztusić.
Chciałem zaprzeczyć, udać, że z kimś mnie pomylił, ale to i tak nic by nie zmieniło... Już wiedział, że to ja.
-Synu...-zbliżył się do mnie, jakby chciał mnie przytulić.
-Daruj sobie.-odsunąłem się od niego zdecydowanym ruchem.
Spojrzał na mnie tak, jakbym chlasnął mu czymś w pysk.
-Gdzie mama?-spytałem, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć.
W jednej chwili jego twarz nabrała zupełnie innego wyrazu. Był zawstydzony.
-Widzisz... Ja i mama nie jesteśmy już razem, mam inną partnerkę...-wydukał po chwili milczenia. -A stado przestało istnieć..
Parsknąłem ironicznie. No tak... Czego ja się spodziewałem?
-Zostawiłeś mnie, więc nic dziwnego, że zostawiłeś też mamę... Znudziliśmy ci się, co?...-warknąłem.-Chciałeś szukać nowych wrażeń, więc olałeś wszystko?
-Jasper...
-Żaden Jasper!- teraz już mimowolnie uniosłem głos.
Posłusznie zamilkł.
-Po prostu udawaj, że mnie nie znasz...-syknąłem, patrząc mu w oczy z uporem maniaka. -Tak będzie lepiej, dla nas obydwóch.
-Więc zostajesz?-spytał, a jego oczy zabłysły nieskrywaną nadzieją.
Odwróciłem łeb. Więc co teraz, Jasper? Odejdziesz? Pójdziesz szukać matki?... Nie..., zostanę. Chociażby po to, żeby zadać mu tyle bólu, ile on zadał mi. Będę tu, ale nie dla niego. On nie istnieje, nie ma go już w moim życiu. Te setki nieprzespanych nocy, dziecięce lęki i płacz... To wszystko nagle wydało mi się tak żywe. Wątpię, żeby ktokolwiek z Czarnych zechciał mnie szukać, ale i tak lepiej nie ryzykować... Po za tym ojciec i tak ma u mnie dług do spłacenia.
-Zostaję.-spojrzałem na niego twardo.
Uśmiechnął się szeroko, choć niepewnie.
-Tak się cieszę...
-Nie masz z czego.-zapewniłem go szybko z wyrazem obrzydzenia na pysku. -Wątpię, żebyś w ogóle chciał mi zaproponować to stanowisko, ale w razie czego uprzedzam, że nie chcę być młodym Alfą. W ogóle nie chcę mieć z tobą nic do czynienia. Nigdy więcej.-powiedziawszy to odwróciłem się i odszedłem, nie dbając o nic. Niech się dzieje, co chce.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz