wtorek, 11 lutego 2014

Od Sorrela





CD Tajgi

Spacerowaliśmy po terenach. Oczywiście, nie udało nam się odwiedzić wszystkich, a niektórych Tajga po prostu starała się unikać. W Woskowym Lesie zabawiliśmy trochę dłużej. To miejsce wywarło na mnie ogromne wrażenie.
-Cudownie tu-szepnąłem kręcąc głową na wszystkie możliwe sposoby.
-Ale też niebezpiecznie-uśmiechnęła się-Chodź, musimy jeszcze odwiedzić jedno, ostatnie miejsce.
Pokłusowaliśmy tam, gdzie chciała moja Księżniczka. Próbowałem ją wypytać o to miejsce, ale nic mi nie powiedziała. Dotarliśmy w końcu nad jakieś jezioro.
-To Jezioro Roku-odezwała się cicho-Kiedy w nie popatrzysz, ujrzysz swoje największe pragnienie. Nie wiadomo, co ono pokaże. Ja jeszcze w nie nie patrzyłam i raczej nie chcę-skrzywiła się.
Ja jednak podszedłem do niczym niewzruszonej tafli wody. Nie popatrzyłem się w nią jeszcze. Tajga stała z tyłu, nie chciała się przybliżać.
-Sorrel-zaczęła poddenerwowanym głosem-Wiesz co robisz? Jesteś pewny?
-Nie-odpowiedziałem jednym słowem na dwa pytania. I zanim się rozmyśliłem szybko popatrzyłem w swoje odbicie.
Na początku nic sie nie działo. Widziałem tylko siebie. Jednak po chwili moim oczom ukazała się wizja. Wizja tak piekna i wspaniała, że aż żal ścisnął mi serce.
Otóż widziałem siebie. Na jakiejś łące. Leżałem, a obok mnie leżała Tajga. Przy nas bawiły się źrebaki. Po chwili podeszła Mocca razem z Vito. Byli tak szczęśliwi jak my. Za nimi chowały się ich dzieci. Były trochę przestraszone, ale za chwilę nasze szkraby wciągnęły je w wir zabawy.
A potem zza ściany lasu wyszedł On. Taki namacalny, taki prawdziwy. Nie mogłem się cofnąć. Nie teraz. Podszedł do mnie. Do nas. Mocca zaniemówiła, przestaliśmy się uśmiechać. A później On upadł. Płakał. Tak długo płakał, a żadne z nas nie mogło mu pomóc. Nie umieliśmy go pocieszyć. Opowiadał, o tym, co się działo. O jakiejś szamnce, która go uratowała. Że teraz jest mu już lepiej. A później nagle przestał płakać, wstał i odszedł. Zniknął znów w lesie. Nie ruszyliśmy się, nie chcieliśmy go zatrzymywać. Pozwoliliśmy mu odejsć.
Nie mogłem w to uwierzyć. Rzuciłem się do wody, a wizja rozmazała się. Młuciłem wodę kopytami i wreszczałem.
-Nie pozwalam ci odejsć! Nie teraz!-krzyczałem, a po policzkach powoli zaczęły mi lecieć łzy.
Słyszałem, jak Tajga krzyczy. Nie zwracałem jednak na nią uwagi i zapuszczałem się jeszcze dalej, w głąb jeziora.
-On tu jest!-krzyczałem w amoku. Tak ślepo w to wierzyłem.
-Nie, Sorrel-krzyknęła moja ukochana-Nowel nie żyje! Umarł!
Przstałem się poruszać. Ujęła mnie wtedy taka przejmująca pustka. Byłem sam, chociaż byli przy mnie inni.
Byłem sam, chociaż miałem kochające mnie osoby.
Byłem sam.
Po prostu sam.
Sam z cierpieniem ogarniającym mnie całego. To niesparawiedliwe. Inni mając rodzeństwo czasem go nienawidzą A ja straciłem to, które tak cholernie kochałem. I to powoli prowadziło do mojego upadku...

Tajga? Wena mnie jakaś dzisiaj napadła :O


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz